Filmowy „The End” to wcale nie koniec – kilka słów o tym, dlaczego warto oglądać napisy końcowe

No comments animacja, KG

Mam taką zasadę: nie wychodzę z kina (a w warunkach domowych: nie wyłączam filmu) dopóki nie zobaczę na ekranie przynajmniej nazwisk z pionu produkcji. Oczywiście to narcystyczny zwyczaj, bo podszyty nadzieją, że i na moje nazwisko ktoś w kinie czy przed telewizorem kiedyś poczeka. Film to przecież dzieło zbiorowe. Banał? Być może, ale jakże prawdziwy. To jasne, że nie da się spamiętać wszystkich współtwórców filmu, ale oglądanie tyłówki jest dla mnie sposobem na uszanowanie ich pracy, talentu i zaangażowania. 

Kadr z filmu You Were Never Lovelier z Fredem Astairem i Ritą Hayworth z 1942 roku

Napisy końcowe to, w kontekście historii kina, dość nowy wynalazek. Jeszcze w złotych latach Hollywood nazwiska największych gwiazd pojawiały się tylko na początku filmu, a jego koniec wieńczył po prostu duży napis The End lub Fin.

Końcowa lista płac (jak mówią złośliwi) stała się standardem dopiero w latach siedemdziesiątych i do dziś nie cieszy się popularnością wśród widzów. Bo niby po co ktoś niezwiązany z branżą filmową miałby siedzieć po filmie i oglądać przelatujące przez ekran ciągi nazwisk i nazw zawodów, które kompletnie nic mu nie mówią? Osobiście powodów do ich oglądania (i to niezawodowych ;)) mam kilka. Przede wszystkim, w kinie – bo przecież chodzi się do kina, a nie na filmnapisy pozwalają po prostu pobyć trochę dłużej w świecie filmu i przedłużyć tę chwilę oderwania od rzeczywistości. W tle nawiązująca do atmosfery oglądanego tytułu muzyka, a na ekranie kopalnia wiedzy o tym, jak powstawał (w niejednej komedii czy dramacie obyczajowym zdziwi Was liczba osób odpowiedzialnych za efekty specjalne) i kto go tworzył. Oczywiście nie zawsze ma się ochotę na taką poważną refleksję nad procesem twórczym. Wtedy można się pobawić w wyszukiwanie zabawnych nazwisk czy nazw zawodów (branża bywa i w tym zakresie kreatywna) lub prześledzić, jakie piosenki były wykorzystane w filmie. Przecież naprawdę nie tak bardzo spieszy nam się do zatłoczonego parkingu czy gonitwy za tramwajem, prawda?

 

Napisy na wesoło

Nie każdego powyższe argumenty przekonują, więc producenci zaczęli umilać widzom oglądanie napisów końcowych. Najczęściej poprzez wplatanie zabawnych scenek czy nieudanych dubli. Mistrzem takich zabiegów stał się oczywiście Marvel, który przyzwyczaił swoich widzów do tego, że w środku i/lub na końcu napisów końcowych znajdą tajną scenkę zapowiadającą dalsze przygody komiksowych bohaterów. Co więcej, w napisach końcowych Deadpoola wytwórnia sama ten zwyczaj… wyśmiewa! Kinomani znajdą też drugie dno żartu – nawiązanie do napisów końcowych młodzieżowego hitu z lat osiemdziesiątych Ferris Bueller’s Day Off. Twórcy filmu na tym nie poprzestali i duża część napisów jest sama w sobie sekwencją kolejnych, oczywiście niewybrednych, gagów z niezawodnym Careless Whisper w tle.  Tym razem jednak scenki są animowane.

Animowane perełki

Animowane napisy końcowe to osobny temat i nie mogło go zabraknąć na naszym blogu! Białe litery na czarnym tle? To w animacji rzadkość. Tak jak w kinie aktorskim, i tu część producentów stawia na komiksowość i żart (oczywiście dopasowany do wieku widza), czego przykładem może być skierowany do młodszej widowni Hotel Transylwania.

Bywa jednak, że twórcy idą krok dalej i naprawdę bawią się formą napisów. W przypadku animowanych superprodukcji 3D czasem mam wrażenie, że dopiero w napisach końcowych mogą pokazać nieco bardziej oryginalny styl. Podczas gdy w wymuskanych i dość mocno zhomogenizowanych blockbusterach Disneya trudno dopatrzeć się wizualnych wyróżników, w przypadku ich napisów końcowych bywa już ciekawiej. Wystarczy spojrzeć na klasycznie rysunkową tyłówkę Tangled (Zaplątani) czy nawiązujące do anime napisy Big Hero 6 (Wielka Szóstka).

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o jedynej uwielbianej przeze mnie komputerowej animacji Disneya (dokładnie Disney/Pixar), czyli Wall-E. Nawet tyłówka jest tu szczególna! W dwie i pół minuty dostajemy przegląd sporej części historii ludzkości (tyle, że nieco zrobotyzowanej) i korespondujących stylów w sztuce – od malarstwa naskalnego, przez egipskie hieroglify, greckie mozaiki i impresjonizm, po postimpresjonizm.

Nietuzinkowo do tyłówki Boxtrolls podeszła Laika, wykorzystując wyjątkową naturę techniki lalkowej, w której film został zrealizowany. W napisy końcowe wpleciona została autotematyczna sekwencja wykorzystująca timelapse. Trochę w tym tajemnicy filmowego warsztatu, a trochę filozoficznego żartu o naturze świata.

Ciekawie rzecz się ma także w najnowszej produkcji Laiki. Tu muszę się przyznać, że to między innymi napisy końcowe do Kubo and the Two Strings natchnęły mnie do napisania dzisiejszego tekstu. Choć bowiem w Oscarowych zmaganiach kibicuję klasycznie lalkowej animacji Ma vie de Courgette, to tyłówka Kubo… naprawdę mnie urzekła. Jest ona trzyczęściowa. Początek to naprawdę ładna animacja płaska, udanie czerpiąca z estetyki japońskiej, dalej mamy znów odrobinę making of (chyba zresztą niepotrzebną, biorąc pod uwagę ilość materiałów tego typu wypuszczonych przez studio w ramach kampanii promocyjnej). Dalszą, przewijaną listę nazwisk ozdabiają rysunki koncepcyjne postaci, rekwizytów, scenografii. Całość przyjemnie okrasza „While My Guitar Gently Weeps” w wykonaniu Reginy Spektor, zaakceptowanym nawet przez naszą naczelną beatlemankę, Agnieszkę!

Napisy do Kubo… są klimatyczne i ładne, ale nic nie dorówna tyłówce familijnego filmu aktorskiego Lemony Snicket’s A Series of Unfortunate Events, którą zlecono Jamiemu Caliri (znanemu m.in. z papierowych sekwencji Little Prince Marka Osborne’a). To nie jedyny przypadek, gdy Caliri ozdabia swoją animacją napisy do produkcji aktorskich. Jest on także autorem nagrodzonej Emmy czołówki do amerykańskiego serialu United States of Tara czy napisów końcowych Madagascar: Escape 2 Africa. Jednak to właśnie tyłówkę Lemony Snicket… można oglądać wręcz jako osobny, krótkometrażowy film. Ma piękną, choć dość mroczną plastykę i magiczny klimat.

Kiedy więc wraz z zakończeniem ostatniej sceny w kinie zapali się światło (fatalny zwyczaj multipleksów, niestety powoli przejmowany również przez mniejsze kina), a ludzie zaczną się tratować ku wyjściu, zerknijcie, czy na ekranie nie czeka Was jeszcze coś całkiem ciekawego. Warto obejrzeć przecież CAŁY film.

Autorka tekstu: Katarzyna Gromadzka