Dawne Przygody Animacji: czy animacje zawsze powstawały głównie dla dzieci?

No comments animacja, dystrybucja, najlepsze animacje, PZ

Jeśli przeprowadzilibyśmy ankietę wśród mieszkańców Europy i Stanów Zjednoczonych pytając, dla kogo powstają filmy i seriale animowane, zapewne ponad 90% ankietowanych wskazałoby dzieci. Film animowany wielu z nas kojarzy się z ładną, często edukacyjną bajką dla dzieci. Wydaje się oczywiste, że filmy animowane to ruchome ilustracje bajek dla dzieci, a w dobie współczesnej animacji 3D – wariacje na temat tych bajek. Zawsze ładne, często z morałem, edukując bawią, bawiąc edukują. Seriale dla widzów dorosłych, o których pisała Agnieszka w zeszłym tygodniu, na tym tle wydają się być jedynie ewenementem, wybrykiem historii pośród wszelakich Śnieżek, Myszek Miki, Misiów Uszatków. Jednak jak to zwykle bywa, historia zaskakuje, a historia animacji jeszcze bardziej.

Co było na początku?

Na początku była… zapałka. Pierwszym filmem animowanym (według ostatnich ustaleń, oczywiście) jest… Apel Zapałek Arthura Melbourne-Coopera z 1899 roku. Trudno doszukać się w nim choćby cienia bajkowości i przekazu dla najmłodszych. Niemal minutowa animacja przedstawia dwie postacie zbudowane z zapałek, które zapisują na ścianie apel do widzów: Apel. Wpłacając jedną gwineę, firma Bryant & May prześle w odpowiedzi na zapotrzebowanie skrzynkę zapałek dla każdego członka batalionu. W środku pudełka znajdzie się nazwisko darczyńcy. PS Nasi żołnierze ich potrzebują. Film był zatem apelem o wsparcie żołnierzy brytyjskich walczących w drugiej wojnie burskiej. Można powiedzieć, że pierwsza animacja na świecie była swoistą formą kampanii społecznej lub… reklamy. Film zdobył na tyle dużą popularność, że doczekał się aż dwóch kontynuacji. Animacji w jej drodze ku widzowi towarzyszyły więc zapałki, lub szerzej przedmioty.

Po co komu animacja?

Animacja poklatkowa była szczególną kinematograficzną zdobyczą ludzkości. Dawała nieograniczone możliwości. Podczas gdy tradycyjny film rejestrował to, co podstawiono pod oko kamery, animacja poklatkowa od początku pozwalała kreować: znikać, przemieniać się, powiększać, zmniejszać, powoływała do życia wielkie potwory i miłosne historie rozgrywające się w mikrokosmosie insektów. To właśnie niezwykłe właściwości animacji pociągały filmowców, ale także tych artystów, którzy dotychczas tropili wszelkie przejawy absurdalnej rzeczywistości, czy – lepiej ujmując – punktowali groteskę, pozór i niedorzeczne kłamstwo świata. Animacja okazała się idealnym tworzywem dla karykaturzystów, satyryków oraz twórców komiksów.

Pierwsze rysunkowe filmy animowane nawiązywały do niezwykle popularnych w Stanach i Wielkiej Brytanie tzw. lightning sketches (błyskawiczne skecze) lub chalk talks (gadająca kreda), podczas których karykaturzysta tworzył przed publicznością rysunki satyryczne na tablicy obdarzając je swoim komentarzem. W 1906 roku James Stuart Blacktone (znany amerykański rysownik, karykaturzysta) zrealizował krótki film pt. Zabawne grymasy śmiesznych twarzy, który bezpośrednio czerpał z tradycji talking chalks. Dzieło nie ma jasnej fabuły, jest zbiorem kilku rysunkowych żartów, wykonanych na tablicy. Postać satyryka-rysownika jest tu sygnalizowana za pomocą ręki artysty. Wszystko utrzymane w dobrze znanej konwencji żartu kierowanego w tym wypadku (podobnie jak satyra w gazetach) do dorosłych.

Kolejnym przykładem satyry o wyraźnie słodko-gorzkiej wymowie jest seria animacji o Fantoche’u (z francuskiego – kukiełka, marionetka) zrealizowanych przez Emila Cohla (francuskiego satyryka, karykaturzysty, autora komiksów). Bohater po raz pierwszy pojawił się w filmie pt. Fantasmagoria z 1908 roku, choć autor nadał mu właściwe imię dopiero w kolejnym obrazie pt. Koszmar Fantoche’a.  Fantoche w swoim debiucie, podobnie jak w każdym kolejnym filmie Cohla, przeżywa serię nieprawdopodobnych, mocno onirycznych i surrealistycznych przygód – czasem drastycznych (liczne dekapitacje), czasem zabawnych, ale zawsze podszytych nostalgią i smutkiem. Nie można dać się zwieźć mocno prymitywnemu, dziecięcemu charakterowi rysunku w tej animacji.  Historia Fantocha składa się z szeregu niekończących się przeciwności losu, dziwnych przypadków, wymyślnych tortur. To rysunkowa opowieść o próbach zmagania się z okrucieństwem świata przedstawiona w prosty i zabawny sposób, bo tylko tak można poradzić sobie z gorzką codziennością.  Codziennością zabarwioną ostrzem społecznej satyry, w tym wypadku wymierzonej w samo serce francuskiego mieszczaństwa (i jego wielkich kapeluszy).

W rozwoju animacji wiele pomogły także… komiksy. Mały Nemo to jeden z tych filmów animowanych, które powstały dzięki komiksowemu pierwowzorowi.

Ich twórcą (zarówno komiksu, jak i animacji) był Winsor McCay. Artysta, często przenosił na ekran własne komiksy, jak choćby w 1921 roku w filmie Maskotka (jest to jeden z odcinków z serii   Snu fanatyka zapiekanki z serem inspirowanej komiksem o tym samym tytule). Animacja opowiada historię bezdzietnego małżeństwa, które przygarnia małego psa. Wkrótce okazuje się, że pies-maskotka pochłania wszystko, co znajdzie na swojej drodze przeobrażając się w ogromną bestię. Utrzymany w onirycznym charakterze horror zrealizowany w realistycznej konwencji  na pewno nie był najlepszą propozycją dla najmłodszych.

Animacja na początku swojej historii stworzyła opowieści i bohaterów kreowanych przez dorosłych i dla dorosłych. Kot Felix (ikona lat 20.), Betty Boop (pierwsza seksbomba amerykańskiej animacji), niepokorny klaun Ko-Ko to tylko kilka przykładów bohaterów, którzy ogniskowali współczesne problemy ówczesnego społeczeństwa (lub byli reakcją na owe problemy). Warto wspomnieć, że pierwszy animowany film pełnometrażowy El Apostol zrealizowany przez Quirino Cristiani był polityczną satyrą wyśmiewająca się z ówczesnego prezydenta Argentyny słynącego z demagogii i populizmu  (który zresztą zakazał wyświetlania tej animacji w kinach).

Dzieci przejmują animację

Jak to się stało, że sztuka lub biznes (albo jedno i drugie) tworzone z perspektywy dorosłych i dla dorosłych na zawsze stały się synonimem dobrej rozrywki dla najmłodszych? Początkiem tego procesu okazują się być Głupiutkie Symfonie – seria filmów krótkometrażowych produkowanych przez Walta Disneya od 1929 roku.

Humorystyczne adaptacje znanych melodii odznaczały się tradycyjną fabułą zaczerpniętą po trosze ze wszystkiego: z amerykańskiej niemej komedii i horrorów, znanych europejskich, ludowych baśni, czy scenicznego musicalu. Opowieść, będąca swoistym komentarzem do współczesności, niemal zawsze zakończona morałem, ubrana była w świat spersonifikowanych zwierząt (to z kolei długa tradycja bajek). Znana (dzięki licznym inspiracjom), trzymająca w napięciu, z pozytywnym zakończeniem. Rysunek realistyczny, mocno nawiązujący stylistyką do ilustracji książkowych z początku XX wieku. Prosty i znany (a wiadomo, że najbardziej lubimy to, co już znamy). Tak charakterystyczna dla animacji żywotna, nieokiełznana fantazja została ograniczona na rzecz realizmu i prostoty. Wszystko doskonale zgrane z przyjazną i (a jakże) znaną muzyką i na dodatek wykonane niemal perfekcyjnie (idealna jakość i płynność ruchu).

W Głupiutkich Symfoniach pojawiają się wątki w dużej mierze tworzone z perspektywy dziecka i opowiadają o jego emocjach  i problemach. Seria doskonale realizowała strategię Walta Disneya, który wiedział, że jedyną drogą do finansowego sukcesu filmu animowanego (dość drogiego w realizacji) jest jego masowa dystrybucja. Realizował animacje, które będą chętnie oglądane przez wszystkich (musiały więc spełniać oczekiwania różnych grup społecznych, rasowych i wiekowych). Były tworzone tak, aby „urzec dziecko w każdym z widzów” (złośliwcy twierdzą zinfantylizować). Dodatkowo Disney nie ograniczał się jedynie do kin w Stanach Zjednoczonych. Głupiutkie Symfonie dotarły do różnych zakątków świata. Skala międzynarodowej dystrybucji była imponująca.  Znane, proste o pozytywnym przekazie animacje podbiły serca dorosłych i dzieci na całym świecie wiążąc już na zawsze termin animacja z pojęciem idealnej rozrywki (i edukacji) dla dzieci i dla dziecka w każdym z nas.

Dobrze dla nas, że animacja, która niesie w sobie nieokiełznaną energię ożywiania, nie dała się tak łatwo zaszufladkować i obok znanych i lubianych animacji znanych i lubianych studiów filmowych, ciągle gdzieś skrzy się nieopanowana iskra twórczości i możemy podziwiać na ekranach kin niepokorne, czasem trudne dzieła. Dobrze też, że z ekranów tych kin może do nas mrugnąć okiem typowa disneyowska księżniczka. Być może Walt Disney miał rację wyczuwając, że animacja jest sztuką (i rozrywką) dla wszystkich. Tylko nie zawsze i nie dla wszystkich będzie to dokładnie ten sam film.

Autorka tekstu: Paulina Zacharek